Bardzo potrzebny dystans – co Camino de Santiago zmieniło w moim życiu?

Dziś dwunasty maja. Rok temu wychodziłem rano z hotelu w Smoszewie. Cały obolały, z mocno obtartymi pachwinami. W głowie kołatały się myśli, że może nie jestem gotowy. Dwa pierwsze dni na Drodze świętego Jakuba mocno dały mi w kość. Nie chciałem jednak rezygnować. Taką podjąłem decyzję i w niej trwałem aż do końca września. Aż do Muxii.




Rok temu rozpocząłem moją wielką przygodę. Pielgrzymka Drogą św. Jakuba miała mi dać odpowiedź na kilka pytań. Zastanawiałem się, jak zniosę długą, samotną podróż? Czy podróżowanie może stać się dla mnie sposobem na życie? Założyłem, że skoro będę w stanie wytrzymać cztery miesiące samotnego trekkingu przez Europę, to wszelkie inne wyprawy również będą w moim zasięgu. Chciałem też poszukać wewnętrznego spokoju, spojrzeć na moje dotychczasowe życie z pewnego dystansu. Także fizycznego, wszak będąc setki kilometrów od domu, w oderwaniu od codziennych spraw łatwiej jest osiągnąć dystans emocjonalny. Przyznam szczerze, że z podjętych podczas Camino de Santiago decyzji jestem zadowolony. Uważam, że dobrze przepracowałem ten czas. Czas samotności, refleksji. Trudne momenty starałem się traktować jako doświadczenie, które w przyszłości będzie procentowało. Rok po pobiciu w Wylatowie dalej wracam pamięcią do tamtej nocy. Do tego, co działo się w następnych dniach. Teraz podchodzę do wszystkiego z humorem. Szczególnie do chwil spędzonych na komisariacie. Wtedy nie było mi jednak do śmiechu. Ale może to właśnie jest ten dystans, spokój, pewien luz, którego nauczyło mnie życie w drodze?

Cierpliwość. Tego przede wszystkim nauczyła mnie pielgrzymka. Cierpliwość i pokora. O tych dwóch kwestiach często zapominałem. To wszystko, połączone z porywczym charakterem czasem nie dawało zbyt dobrych efektów. „Człowiek gorączka” – to określenie pasowało do mnie dość dobrze. A Camino wymaga spokoju, wymusza wręcz na człowieku bycie spokojnym. Szedłem dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści kilometrów i myślałem. Modliłem się, śpiewałem, marzyłem. Nie mogłem biec, nie chciałem podjeżdżać, oszukiwać. Niezależnie od pogody, samopoczucia, głodu – szedłem i zbliżałem się do celu.

Po powrocie kilka razy odważyłem się opowiedzieć o mojej wyprawie. Lubię opowiadać, nie czuję oporów, aby występować przed audytorium. W przypadku Camino czułem jednak, że daję komuś część siebie. Właściwie zdecydowałem się na to też dlatego, że spotykani już w Hiszpanii pielgrzymi zawsze bardzo chętnie słuchali o mojej drodze i przygodach, które przeżyłem. Mów o tym, dawaj świadectwo – słyszałem te słowa wielokrotnie. I choć ja sam nigdy nie nazwałbym moich przeżyć „świadectwem”, to uznałem, że warto się nimi podzielić. Tak jak dzieliłem się zdjęciami z drogi i moimi przemyśleniami wtedy, gdy szedłem. A robiłem to też dlatego, że otrzymywałem wtedy wsparcie. Wsparcie dla mnie niezwykle istotne.

Obecnie z wielką atencją śledzę pielgrzymkę księdza Sławka, który z Litwy idzie do Rzymu. Kilka dni temu napisałem mu, że nieco „wyrywa me serce” swoją relacją. Chciałbym znów ruszyć, po prostu iść, ale wiem, że mam jeszcze kilka ważnych spraw do załatwienia w Warszawie. I przede wszystkim jedną obietnicę, którą dałem kilku ważnym dla mnie osobom, w tym mojej babci. Sławek po paru minutach odpisał, a jego odpowiedź ścisnęła moje serce. „Twoje opowieści i to spotkanie w Composteli też przyłożyło się do tego, że teraz idę. Pewnie bez tych wszystkich opowieści i świadectw nie odważyłbym się”. 26 września spotkaliśmy się pod Biurem Pielgrzyma. Chwilę porozmawialiśmy. I teraz, tych parę wymienionych zdań dodaje mu sił. Podobnie jak mi siły dodawały komentarze typu: „trzymaj się”, „dasz radę”. W długiej i trudnej trasie działa bowiem zasada małych radości, dają one bardzo, bardzo dużo.

Widzę, że w rocznicę wymarszu wyszedł mi bardzo osobisty tekst. Widać tak miało być… Ale żeby nie kończyć tak refleksyjnie, to pochwalę się, że po powrocie z Camino wróciłem do gry w piłkę w ligach studenckich:

Razem z Piotrem Drzewieckim i Pawłem Chmielowskim przeprowadziliśmy badanie polskich pielgrzymów. Zapraszam do zapoznania się z raportem z badań

A także zostałem morsem zaliczając zimową kąpiel w Morzu Bałtyckim. The sky is the limit:



Etykiety: , , ,